Na matematyce 
pan dał nam zadanie,
żeby poetycko
rozwiązać równanie.

Przeszedłem do domu
za pióro chwyciłem
i już na papierze
parę liczb kreśliłem.

Najpierw wyrzuciłem 
te zbędne nawiasy,
bo mi przeszkadzały
jak w trampkach obcasy.

Lecz po tym zabiegu
dużo liczb przybyło
i wolnego miejsca 
na kartce ubyło.

Musiałem coś zrobić
co było wygodne
i zredukowałem 
wyrazy podobne.

Później gdzieś na lewo 
przeniosłem igreki,
które prawą stronę
męczyły przez wieki.

Znak im też zmieniłem
coby pamiętały,
że na prawej stronie
to  inny znak miały.

Znow musiałem wrócić
do redukowania,
tym razem koniecznie
bez zażenowania.

W ruch redukcji poszła
cała strona lewa,
ja liczę i liczę
a wyniku nie ma.

Wreszcie podzieliłem
dwie strony równania,
przez czynnik niewiadomej
i koniec równania.

Matma odrobiona
równanie mam z głowy,
dlatego że wynik 
wyszedł prawidłowy.


Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone